Aktualności

W języku angielskim jest taka nazwa ”concerned photographer” odnosi się to do ludzi, którzy zawsze robili swoje historie, nie dlatego, że ktoś im to zlecał, ale dlatego że czuli taką wewnętrzną potrzebę, żeby opowiedzieć o czymś. To słowa Alexa Weba, fotografa z agencji Magnum.  Spokojnie można je przypisać osobie zmarłego nestora fotografii ostrowieckiej Stanisława Sudnika.

Jego życie to jedna wielka pasja i umiłowanie od dzieciństwa przyrody, szczególnie tej świętokrzyskiej, którą fotografował swoim PRAKTISIXEM. Miejscem wyjątkowym, a wręcz  magicznym był dla niego ukochany Chmielów. To właśnie ta osada położona nad brzegami Kamiennej i na rzut beretem od hutniczego Ostrowca stała się arkadią lat dziecinnych i inspiracją na całe długie twórcze życie. Praktycznie każde spotkanie ze Stanisławem sprowadzało się do wspomnień związanych z Chmielowem. Pana Sudnika znałem ponad pół wieku. Z jego synem Wojtkiem chodziliśmy do technikum do jednej klasy, siedzieliśmy w jednej ławce, a w wakacje razem żeglowaliśmy. Jako osoby o humanistycznej orientacji mieliśmy również problemy z przedmiotami ścisłymi – ale to na marginesie.  
Bywałem często w domu Państwa Sudników. Każda wizyta to podróż w inny świat, gdzie w pokoju urządzonym przez gospodarza, historia była w symbiozie z teraźniejszością.  Fotografie, obrazy, akwarele Czesława Waszki, rzeźby, korzenioplastyka oraz regały pełne albumów i rodzinnych pamiątek stwarzały niepowtarzalny klimat do rozmów. Dopełnieniem wizyty u mistrza była nieodłączna herbatka i ciasteczka. Pamiętam jedną z takich wizyt, gdzieś pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku ( był to prawdopodobnie rok 1977 ) kiedy jako początkujący amator przyniosłem do oceny swoje pierwsze prace – notabene życzliwie odebrane przez Pana Stanisława – mój wzrok padł na biurko gdzie leżały powiększenia przygotowane do wystawy. Były to przepiękne bromy przedstawiające prace bieszczadzkich smolarzy oraz słowiański gród w Biskupinie z ciemnym niebem, na tle którego błyszczały bielą pierzaste cirrusy tworząc malarską impresję. Stanisław kochał malarstwo realistyczne, z niego czerpał inspirację. Miał swojego mistrza i idola. Był nim rosyjski malarz pejzażysta Iwan Szyszkin. To zapewne leśne pejzaże oświetlone wschodzącym słońcem stały się inspiracją do dużego cyklu fotografii przedstawiających puszczę świętokrzyską. Zestawem tym w 1986 roku zdał egzamin i uzyskał tytuł i członkowstwo Związku Polskich Artystów Fotografików – to nobilitowało. Gdy w 1980 roku  zostałem przyjęty na podstawie zaprezentowanych prac do ostrowieckiej Grupy  10, nasze spotkania stały się częstsze i bardziej twórcze – przynajmniej dla mnie. Coraz częściej myśleliśmy o własnej grupie fotograficznej, dlatego naturalną koleją rzeczy był fakt secesji z Grupy 10 i założenie własnej V. Środowisko ostrowieckich malarzy i plastyków chyba nie bardzo rozumiało jeszcze wtedy, że fotografia pomimo mechanicznego sposobu rejestracji rzeczywistości, może być sztuką. Pan Stanisław został prezesem grupy ( pisanej rzymską cyfrą V ). Było to w roku 1983, a cenzura nie dopatrzyła się podtekstów w nazwie. Razem uczestniczyliśmy w wielu plenerach. Wyjątkowo zapadł w mojej pamięci bieszczadzki plener w  położonej nad brzegami zalewu Teleśnicy Sannej. Na telefon bieszczadzkiego zakapiora Krzyśka Brosa, w którym oznajmił „przyjeżdżajcie – Bieszczady płoną w kolorach”. Następnego dnia jedziemy do Ustrzyk , tam czeka na nas Krzysztof i jego wozem terenowym jedziemy do Teleśnicy. Następnie przesiadamy się na motorową łajbę i płyniemy na miejsce zakwaterowania. Jest przymrozek, rozgwieżdżone niebo, księżyc w pełni. Z brzegów dobiega wycie wilków. Jest cudownie. Stanisław nawiązuje do powieści Henryka Sienkiewicza „Ogniem i mieczem”. Zalew na Solinie porównuje do Dniepru. Skąd przewidział, że wiele lat później Jerzy Hoffman nakręci w tym miejscu scenę do filmu, to pozostanie już jego tajemnicą.  Teleśnica Sanna była wymarzonym miejscem na plener. Odcięci od dróg ( poza wodną ) i elektryczności mieszkaliśmy w bieszczadzkiej głuszy w  drewnianym domku przypominającym pasterską bacówkę. Jesienny zmrok zapadał wcześnie, więc po kolacji zasiadaliśmy przy piecu, gdzie w blasku palących się polan toczyliśmy długie rozmowy. Tak naprawdę to Pan Stanisław opowiadał. Był wspaniałym erudytą i gawędziarzem. Oczywiście Chmielów musiał być na tapecie. Były też inne wątki, takie jak początki zorganizowanej działalności fotograficznej w Ostrowcu oraz powstanie Świętokrzyskiego Towarzystwa Fotograficznego, którego był współzałożycielem i prezesem. Opowiadał również o tym jak na każdą wystawę towarzystwa przychodził ówczesny przewodniczący rady miasta Pan Pożoga, a wraz z nim urzędnicy magistratu, obowiązkowo w garniturach. Każda wystawa była wielkim wydarzeniem na mapie kulturalnej miasta. Pewnego dnia zaproponowałem wyprawę łodzią wiosłową do zatoki Wiktoriniego. W drodze powrotnej dopadła nas burza. Wody zalewu spieniły się, wiała regularna piątka w skali Beauforta łodzią rzucało i bujało. Miałem problemy z utrzymaniem dziobu łodzi pod wiatr. Sytuacja pogarszała się z minuty na minutę. Stanisław i Olek siedząc skuleni mieli niewyraźne miny. Ja sam pomimo, że posiadam duże doświadczenie żeglarskie, nie mając wsparcia z ich strony, postanowiłem ewakuować się z wiatrem do najbliższego brzegu. Moi pasażerowie dziękując Bogu opuścili pospiesznie łajbę, a stojąc na zbawiennym brzegu powiedzieli: „Już nigdy z Tobą wariacie”. Ostatecznie pod wieczór zmęczeni dotarli na kwaterę. Ja przeczekałem burzę i już samotnie dopłynąłem do obozu. W bacówce czekała na mnie kolacja z pysznym sosem grzybowym. Butelka gorzałki poprawiła nastroje. Do dziś pozostały wspomnienia. Wystawa poplenerowa została zaprezentowana w muzeum w Częstocicach. Towarzyszył jej jak na tamte czasy kolorowy katalog wydrukowany w wojskowej drukarni w Warszawie. Stanisław miał z lat szkolnych kolegę generała, który jednym rozkazem sprawę załatwił.
W 2006 roku z mojej inicjatywy powstała tak zwana Kolekcja Wydawnicza Fotografii Ostrowieckiej. Pod pozycją nr 1 ukazał się album Dobrosława Kostkowskiego  pt. „Świadek epoki”. Kilka dni po wernisażu przyszedł do galerii fotografii Pan Stanisław. W rozmowie ze mną pojawiła się nutka żalu, że on jako nestor fotografii ostrowieckiej został pominięty. Mimo wszystko była to jednak serdeczna rozmowa zakończona słowami: „Panie Stanisławie robimy album , ale ja stawiam warunki. Pan udostępnia mi wszystkie negatywy, od tych najstarszych po ostatnie i żadnych kwiatuszków”. Nie wiem czy uraziłem jego miłość do kwiatów przecież był ogrodnikiem. W jego  przydomowym wypieszczonym ogrodzie rosły najróżniejsze odmiany i gatunki tworząc romantyczny ogród bo takim był Pan Stanisław. Przy każdej okazji jego wizyty w galerii byłem obdarowany pięknym bukietem kwiatów dla mojej  mamy. Z przygotowaniem do druku albumu należało się spieszyć, Pan Stanisław dobiegał dziewięćdziesiątki. Wspominając ten okres nie mogłem wyjść z podziwu z jakim zapałem wyszukiwał ze swego przepastnego archiwum negatywy i fotografie. Dostałem wszystkie – te najstarsze jeszcze sprzed wojny, lat 40 i 50-tych aż  po współczesne. Zobaczyłem nieistniejący już Chmielów i Ostrowiec. Patrzyłem na świat, który dawno odszedł bezpowrotnie tak jak uchwyceni w ułamku sekundy ludzie i wydarzenia. Ta chwila już się nie powtórzy , ale wbrew pozorom to też forma walki ze śmiercią. To ocalenie od zapomnienia. Zadanie fotografa nie polega na wyjaśnianiu dlaczego, lecz w pewnym sensie na przypomnieniu utraconego dziedzictwa. I za to dziękuję Panu w imieniu swoim i tych, którym droga jest nasza Mała Ojczyzna. Dzięki Panu i ja od prawie czterdziestu lat kontynuuję to co Pan zapoczątkował. Pisząc te słowa patrzę na album „Stanisław Sudnik – Fotografie”., gdzie zamieszczone w kadrze życia fotografie rozbudzają emocje.
Andrzej Łada

materiał nadesłał: Andrzej Łada

opracował: Szarack

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to. Czytaj więcej…

Zrozumiałem